NEWS harazd.net

Перший у Польщі український портал

Co uwiera Leszka Millera

| 0 comments

Co uwiera Leszka Millera

Generał Anders i Jerzy Giedroyc nie zapomnieli, czym był Wołyń i UPA. Ale rozumieli to, czego dzisiaj nie rozumie SLD.
Leszek Miller zakomunikował, że polski Sejm winien wystosować uchwałę potępiającą odradzający się zdaniem SLD ukraiński nacjonalizm. W Radiu TOK FM opowiadał o tym Tadeusz Iwiński, profesor i poliglota. Sejm winien mocnym głosem zaprotestować, gdyż Polakom, zresztą słusznie, źle się kojarzy ukraiński nacjonalizm; dość wspomnieć 100 tys. ofiar antypolskiej czystki etnicznej na Wołyniu i w Galicji Wschodniej w latach II wojny światowej.Millerowi, Iwińskiemu i SLD nie podoba się, że prezydent Poroszenko zadecydował, by obchody Dnia Obrońcy Ojczyzny odbywały się w rocznicę powstania Ukraińskiej Powstańczej Armii. Nie podoba im się, że ukraińska Rada Najwyższa uczciła minutą ciszy pamięć komendanta UPA Romana Szuchewycza i zauważyła w uchwale urodziny Petra Diaczenki, dowódcy Ukraińskiego Legionu Narodowego, który w powstaniu warszawskim przez kilka dni walczył na Czerniakowie ze zgrupowaniem „Radosław”. Wspominając w tym kontekście o ignorancji i arogancji, Iwiński mówił, że ukraiński parlament gloryfikuje morderców Polaków i katów Warszawy.
***

Od dziesięcioleci istnieje w Polsce zawzięta, niereformowalna tendencja do piętnowania Ukraińców za lata 40. ubiegłego wieku. Chodzi w tym z grubsza o to, by Ukraińcy bez przerwy posypywali głowę popiołem i błagali o przebaczenie, a potem się zobaczy, co Polacy z tym zrobią. To „potem” nie następuje; dość przypomnieć kolejne rocznice wołyńskiej tragedii, gdy z dekady na dekadę nasila się głos: Ukraińcy, padnijcie przed nami na kolana.

Taka postawa zadziwia, gdyż świadczy o głuchocie i ślepocie: prośby o przebaczenie i wezwania do pojednania niejeden raz padały ze strony ukraińskich Kościołów i prezydentów. Z polskiej strony zresztą też, jako że Polacy również ciężko grzeszyli wobec sąsiadów. Ale niech tam; wszystko, co do tej pory zrobiono w polsko-ukraińskim dialogu i pojednaniu, idzie w kąt, kiedy nadchodzi kolejny rok kończący się cyfrą 3.

***

Jeśli ktoś mówi o nasileniu się nacjonalistycznego klimatu na Ukrainie, zapomina, że to kraj w stanie wojny z Rosją, której nie wywołał. Nie bierze też pod uwagę rzeczywistego miernika nastrojów społecznych, jakim są rezultaty wyborów.

Przecież Miller, Iwiński i SLD dobrze wiedzą, że w wyborach prezydenckich kandydaci nacjonalistów – Dmytro Jarosz z Prawego Sektora i Ołeh Tiahnybok ze Swobody – wzięli razem mniej głosów niż Wadim Rabinowicz, którego nazwisko, nie mówiąc już o publicznej aktywności w organizacjach żydowskich, mówi samo za siebie.

W wyborach parlamentarnych Prawy Sektor przepadł z kretesem, Swoboda uzyskała mniej niż 5 proc. głosów. Jak to wszystko ma się do 70-80-procentowego poparcia, którym cieszy się Władimir Putin? Wielkorosyjski, imperialny nacjonalizm Moskwy jakoś Millera i Iwińskiego nie uwiera.

***

W 1943 r. Jewhen Stachiw, przemyślanin z urodzenia, przed wojną uczestnik antypolskiej konspiracji niepodległościowej i jeden z największych żołnierzy UPA, jedzie pociągiem przez Wołyń. Słyszy, co mówi polska towarzyszka podróży: – Bandyci przyszli do chałupy mojej siostry. Zdjęła ze ściany święty obraz z Matką Boską, schowała się za nim. Hajdamaka obraz odstawił, przeżegnał się, powiedział: „Ja też w Boga wierzę”, i przerąbał ją siekierą.

– Nie ma co ukrywać, że takie rzeczy, a może jeszcze gorsze, działy się na Wołyniu, że mordercami byli Ukraińcy – opowiadał mi Stachiw. – A na drugiej ławce Niemcy wspominają ze strachem, jak żołnierze UPA przebrali się w wojskowe mundury i zdobyli jakieś wojskowe magazyny. Udaję, że śpię, a czuję się tak, że trudno wyrazić. Z jednej strony wstyd potworny, z drugiej – zadowolenie, że moje wojsko tak umie podchodzić Niemców. Gdy przyjechałem do Lwowa, zrelacjonowałem opowieść Polki kolegom z konspiracji. Wszyscy byli przerażeni.

W sierpniu 1943 r. na zjeździe Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów Stachiw mówił otwarcie, że nacjonalizm nie ma sensu. Próbował zamknąć mu usta Mykoła Łebed’, faktyczny przywódca partii, gdy Stepan Bandera siedział w Sachsenhausen.

– Łebed’ nic nie zrozumiał z mojej przemiany, urywał dyskusję. Stracił u mnie autorytet – opowiadał Stachiw.

Zapytałem o przyczyny wołyńskiej rzezi. Czy UPA zaatakowała polskie wsie, a potem sytuacja wymknęła się spod kontroli? Czy, jak piszą niektórzy polscy i ukraińscy historycy, była to wojna o ziemię, bój ukraińskich chłopów przeciw polskim panom, choć panowie nierzadko chodzili w łapciach?

Czy może był to swoisty rewanż za akowskie antyukraińskie akcje w okolicach Chełma i Hrubieszowa? Za polskich policjantów rekwirujących zboże? Czy emigracyjny rząd londyński popełnił błąd, nie rozmawiając z Ukraińcami o powojennym statusie tych ziem?

A może jednak padł rozkaz czystki etnicznej (mógł go wydać Szuchewycz lub Łebed’; historycy uważają, że jeśli, to raczej ten drugi); wszak tylko w lipcu i sierpniu napadnięto na dziesiątki polskich wsi. Czy do popełnienia tych okrucieństw wystarczyły wojenne zdziczenie i nacjonalizm?

Odpowiedział: – W kijowskich archiwach są dokumenty, rozkazy, którą polską wieś spacyfikować. Czytając je, można się domyślać rzeczy strasznych, nawet tego, że może istniał rozkaz przeprowadzenia czystki.

Potem dodał: – Niech pan pamięta o bolszewikach i Niemcach. Był na Wołyniu radziecki oddział Dymitra Miedwiedia, a między nimi niejaki Nikołaj Kuzniecow, gieroj Sowieckiego Sojuza. W Równem Kuzniecow zastrzelił dwóch wysokich rangą urzędników z administracji Kocha. Uciekając, niby zgubił portfel, a w portfelu – ukraińskie dokumenty. W odwecie rozstrzelano stu Ukraińców. Prawą ręką Kuzniecowa był Polak o nazwisku Kamiński. Wyszło więc, że to bolszewicko-polska prowokacja, żeby represje spadły na Ukraińców. Kuzniecow próbował powtórzyć akcję we Lwowie, zabił niemieckiego wicegubernatora, lecz podczas ucieczki wpadł w ręce UPA i został rozstrzelany. Niemcy i Sowieci rozgrywali nas przeciw sobie naszymi własnymi rękami.Uczczenie pamięci UPA przez ukraiński parlament to również złożenie hołdu Jewhenowi Stachiwowi.

***Kończy się II wojna światowa. Do amerykańskiej i brytyjskiej niewoli idą żołnierze walczącej po stronie III Rzeszy Ukraińskiej Armii Narodowej, wśród nich Petro Diaczenko i jego legioniści z warszawskiego Czerniakowa, a nawet SS Galizien. W myśl układów jałtańskich mają być wydani Sowietom, ale dowódca UAN gen. Pawło Szandruk prosi o rozmowę w cztery oczy z gen. Władysławem Andersem. Nie wiemy, o czym była ta rozmowa, ale Ukraińcy zostają w alianckich obozach jenieckich, a potem rozjeżdżają się po wolnym świecie.Nadchodzi rok 1965 i Anders przypina Szandrukowi krzyż Virtuti Militari za zasługi w kampanii wrześniowej. Na głowę Andersa sypią się gromy ze strony Polaków, którzy – jak dzisiaj Miller z Iwińskim – przestrzegają przed ukraińskim nacjonalizmem. I tylko Jerzy Giedroyc pisze, że krzyż Virtuti dla ukraińskiego generała może jedynie poprawić wzajemne relacje między narodami.

Ani Anders, ani Giedroyc nie zapomnieli, czym były Wołyń i Galicja Wschodnia. Ale rozumieli to, czego dzisiaj nie rozumieją SLD i nacprawica.

***

Nie mam zamiaru wybierać Ukraińcom bohaterów narodowych, bo nie chcę, by ktokolwiek wybierał mi moich. Już polskie życiorysy, uwikłane w historię i poddane presji obcych, są wystarczająco nieproste, by jednoznacznie je oceniać. Dla wielu Polaków major Józef Kuraś był bohaterem. Dla Słowaków i wielu Żydów „Ogień” to morderca i zbrodniarz; taka kontrowersja stanowisk doprowadziła swego czasu do wojenki między polskim i słowackim Instytutem Pamięci Narodowej. A co powiedzieć o wielu żołnierzach wileńskiej partyzantki, polskich bohaterach, którzy w oczach polskich Białorusinów są wyłącznie katami?

Biografie naszych sąsiadów kluczą od prawa do lewa jeszcze bardziej niż nasze. Niedawne dzieje obeszły się z Ukraińcami bardziej bezwzględnie i okrutnie. Poplątany życiorys miał Roman Szuchewycz, ale warto pamiętać, że zginął w NKWD-owskiej obławie w 1950 r., tocząc beznadziejną walkę z Sowietami o niepodległą ojczyznę. Tak samo Petro Diaczenko zmarły na amerykańskiej emigracji. SLD, Leszek Miller, a nawet poliglota Iwiński powinni to rozumieć i o tym wiedzieć; zresztą mam wrażenie, że wiedzą na sto procent. Ich życiorysy oraz rodowód ich formacji też do zbyt prostych nie należą, a zapominać o korzeniach po prostu nie wypada. Mimo tej pokrętności odnajdują się od z górą ćwierćwiecza w polskim życiu publicznym. Raz lepiej, raz gorzej, ale to żadne usprawiedliwienie, by pleść androny.

Choć opowiadając o Ukrainie, robią wszystko, żeby wyglądało to tak, jakby byli rosyjskimi agentami wpływu lub bezrozumnymi owieczkami idącymi za nawoływaniem Putina, trudno w to uwierzyć. Idą wybory, a resentyment antyukraiński jest w Polsce wystarczająco silny, by liczyć na parę głosów więcej. Że to mało rozumne wobec tego, co dzieje się w Rosji, cyniczne, bo instrumentalizujące prawdziwy ból, i szkodliwe z punktu widzenia polskiej racji stanu?

Paweł Smoleński 28.03.2015 01:00
źródło: http://wyborcza.pl/magazyn/1,143557,17669722,Co_uwiera_Leszka_Millera.html

Dodaj komentarz

Required fields are marked *.